Szeptem po północy – momenty

Czasami najpiękniej znaczy najprościej.

Jest trochę po 20. Franek już pogrążony we śnie. P razem z tatą oglądają F1 w Austin. Opieram stopy o uda P. Lubię być do niego przytulona, czasami wystarczy tylko dotyk dłoni czy stykanie się kolan. Ważne, że jest blisko. Czytam “Wysokie obcasy” popijając czerwone wino.

Zadumałam się nad artykułem o nadziei.

Odkładam gazetę i wpatruję się w okno przez które nic już nie widać. Odbija się w nim jedynie ekran telewizora.

Uśmiecham się sama do siebie. Jaki cudowny wieczór. W tym konkretnym momencie nic już nie muszę. Dzień już zakończony. Przede mną noc, ale to za chwilę, jeszcze nie teraz. O jutrze jeszcze myśleć nie muszę.

Dopada mnie błogość. Lekkość umysłu.

Chwilo trwaj.

Co za wspaniały moment…

03/11/2019
Magda Mamit
Nasze pierwsze Halloween

Obchodzić czy nie obchodzić?

Zawsze byłam przeciwna Halloween bo to plastikowe, komercyjne święto zza “wielkiej wody”, dalekie od naszych słowiańskich tradycji.

Narodziny Franka wiele zmieniły. Mieszkając w Anglii postanowiliśmy obchodzić np. Dzień Matki według angielskiego kalendarza. Zdecydowaliśmy też celebrować nie tylko polskie, ale i angielskie zwyczaje. Chcąc nie chcąc Halloween zawietało w naszych progach.

Postanowiłam jednak, że jeśli mamy obchodzić Halloween to ma mieć to jakieś głębsze znaczenie, że będzie to święto “z duszą”. Zaczęłam czytać o tradycji Halloween na Wyspach Brytyjskich, symbolach i wierzeniach. Ku mojemu zaskoczeniu znalazłam wiele analogii pomiędzy celtyckim świętem Samhain a słowiańskimi Dziadami. W obu kulturach było to święto związane z księżycem, zaświatami, pamięcią o przodkach, subtelnej zadumy.

Dla przykładu, dużym znaczeniem, dla obudwu kultur, było rozpalanie ognisk, które z jednej strony miały wskazywać duszom kierunek, z drugiej – odpędzać demony, ponieważ te ostatnie także przybywały na ziemię z zaświatów. Celtowie chcąc odstraszyć złe duchy przebierali się w stare, podarte ubrania i zakrywali twarze maskami (pewnie stąd zwyczaj halloweenowych przebieranek). Zarówno Celtowie jak i Słowianie zostawiali przed domostwami pokarmy dla zgłodniałych dusz, w końcu taka dusza mogła należeć do naszego przodka…

Dziś zapalamy symboliczny ogień by wskazać drogę zagubionym duszom, przebieramy się by oszukać demony oraz jemy obiad w rodzinnym gronie. Powspomonamy tych, co już odeszli …

Nasze pierwsze Halloween to dla nas chwila zadumy, wspominki naszych najbliższych, jak i zabawa oraz celebracja życia. W takiej formie to święto nabrało dla mnie nowego znaczenia. Jest ważne.

31/10/2019
Magda Mamit
Po czterech latach w Anglii

Pytania i odpowiedzi dotyczące życia w Anglii czyli moje super subiektywne podsumowanie po dokładnie 4 latach na Wyspach.

Dziś mijają dokładnie 4 lata od mojego przyjazdu do Anglii. Wydaje mi się, że to na tyle długo, aby mieć już jako takie pojęcie o tym jak tu jest. Jednak to wciąż za krótko, aby starać się o obywatelstwo. Czyli świeżak, ale z rozeznaniem tego co dookoła 🙂

Nikt już nie zadaje mi pytań typu: Czy planujesz wrócić? Czy Ci się tam (czyli tu, w Anglii) podoba? Czyli dobrze Ci się tam żyje?

Mi się tu podoba, dobrze mi się żyje, uwielbiam Angoli, nie czuję się wyobcowana, jest tu pięknie. Zwyczajnie jestem tu szczęśliwa.

Nie w Londynie??? Czyli gdzie???

Gdy zaprzeczam stwierdzeniu (oczywistej oczywistości) “mieszkasz w Londynie, tak?” wprawiam rozmówcę w stan ogromnej konsternacji. Okazuje się, że przeciętna wiedza o UK ogranicza się do kilku aspektów: Londyn, Królowa plus rodzina królewska, czerwone dwupiętrowe autobusy, angielska herbatka.

Mieszkam w Birmingham. W sumie na obrzeżach. Jest to drugie największe miasto Anglii (zaraz po Londynie) jednak przeciętna wiedza o tym miejscu jest znikoma. Sama takowej nie posiadałam i mówiąc szczerze muszę jeszcze to miejsce odkryć, tak po swojemu. Pracuję natomiast w Warwick – miejscu o wielowiekowej tradycji. Znajduje się tu przecudny zamek a centrum miasta to urokliwa zabytkowa zabudowa. Magiczne miejsce. Do pracy dojeżdżam ok 20 mil przemierzając codziennie samochodem angielską wieś, która znacząco różni się od tej polskiej. Po drodze mijam 3 puby, farmy, kilka miejscowości oraz połacie pól, z których wyskakują na drogę dzikie zwierzaki. Co ciekawe ceny nieruchomości są tu wręcz kosmiczne. Generalnie panuje zasada im dalej od dużego miasta, tym bardziej ekskluzywnie. Angielska prowincja, ale z klasą.

W temacie Londynu jeszcze…

Londyn uwielbiam. Dla mnie to fantastyczne centrum kultury i sztuki, cudownej architektury, rozrywki czy kulinarnego fusion. Zwykle robię jednodniowe wycieczki o z góry określonym celu: muzeum, wystawa malarstwa lub fotografii, musical, balet lub opera. Taka kulturalna odskocznia dla zaspokojenia zmysłów. Zawsze wracam przepełniona super emocjami. Londyn dla mnie jest jednak opcją tylko na weekend albo na jednodniowy wypad. Mieszkać bym tam nie mogła. Za bardzo już chyba jestem pod wplywem angielskiej prowincji, której urokiem przesiaknelam.

Co najbardziej podoba mi się w Anglii?

Patrz punkt poniżej oraz … kultura pubowa. Pub to drugi dom. Do pubu chodzi się obejrzeć mecz czy wyścigi konne. W pubie je się rodzinny, niedzielny obiad. W pubie organizuje się urodziny, chrzciny, wieczory panieńskie i kawalerskie, itp. Ponadto, co ciekawe podłogi często wyłożone są dywanami (w końcu to drugi dom i ma być przytulnie). I jeszcze jedna ciekawostka – niektóre puby znajdują się pośrodku niczego, w głuchej, polnej ciszy, na skraju niejednego zadupia. A przed pubem pełen parking. A w samym pubie tłum. Niezależnie od pogody. Dla mnie to ewenement.

Co mnie zachwyciło?

Przyroda i różnorodność wszelkiego rodzaju atrakcji, wydarzeń rozrywkowych i tych opartych na tradycji. Wydaje mi się, że nie ma przewodnika, który opisuje wszystko. A prawda jest taka, że za każdym zakrętem czai się jakaś perełka. Nie wiem czy byłabym w stanie stworzyć listę i wypunktować najlepsze “Top 10 must see” czy “Top 20 must experience“. Anglia jak i cała Wielka Brytania pod tym względem zaskakuje i jest zadziwiająca.

Walia
Stradford
Cotswords
Oxford
Guilford
Stradford
Szkocja
Cotswords
Walia
Szkocja
Oxford
To też Oxford 🙂

Co odkryłam?

Cydr. To właśnie w Angli odkryłam, zasmakowałam i zakochałam się w cydrze. To wspaniały napój. Dużo lepszy od browarka. Podchodzi mi też znacznie bardziej niż wino (ale w tej kwestii koneserka nie jestem). Jestem natomiast absolutną fanką cydru.

Co mnie najbardziej zszokowalo?

Pogoda. Okazało się, że w Anglii wcale cały czas nie pada i można żyć bez parasola i pary kaloszy. Mało z tego, bywają piękne, ciepłe i słoneczna dni. Ba! Nawet kilka z rzędu! Zima jest dużo lagodniejsza niż w Polsce (temperatura poniżej zera, jeśli się zdaża, paraliżuje komunikację, zamykane są szkoły, cały kraj przestaje funkcjonować). Wiosna natomiast przychodzi nawet w lutym czego dowodem są kwitnące żonkile, przebiśniegi czy krokusy.

Czy się zmieniłam?

No raczej 😉 W końcu opuszczając strefę komfortu poznajemy siebie na nowo. Weryfikacji poddane zostały przyjaźnie, zmianie uległy rodzinne relacje. Wyeliminowalam toksyczne osoby nie potrzebnie wprowadzające zamęt w moim życiu. Mam w sobie teraz więcej spokoju. Odnalazłam szczęście. Zakochałam się! Zostałam mamą! Przeprowadziliśmy się do własnego domku. Zrozumiałam, że “moje miejsce na ziemi” jest u boku P. niezależnie od tego czy mieszkamy w Anglii, w sercu Patagonii czy na dzikiej Syberii. Jestem teraz w pełni szczęśliwa.

Na koniec

Pewnego dnia obudziłam się i po porannej herbacie powiedziałam to sobie głośno “wyjeżdżam do Anglii “. Odpaliłam kompa, sprawdziłam ceny biletów (były za jakieś psie grosze) i od razu kupiłam bilet w jedną stronę. I nagle w sercu i duszy pojawił się spokój. Czułam, że podjęłam właściwą decyzję, mimo braku większego planu. Miałam tylko ten bilet i datę wyjazdu 30.09.2015.

To, co przydarzyło mi sie w kolejnych miesiącach było całkowicie poza moją kontrolą. Czułam jednak, że cały świat mi sprzyja (mimo, że nie zawsze było kolorowo i zdarzyło mi się płakać. Nawet dużo.). Ba! Cały wszechświat był po mojej stronie. Znalazłam świetną pracę, w której realizuję się po dziś dzień (tzn. prawie, bo obecnie jestem na macierzyńskim). Odnalazłam miłość swojego życia! Dzięki P. zrozumiałam czym jest prawdziwe szczęście. Od czterech miesięcy jesteśmy rodzicami uroczego bobasa, który co dzień dostarcza nam nowych emocji, uczuć i wzruszeń. Udało nam się kupić dom z pieknym ogrodem (dla mnie ma to wymiar symboliczny, gdyż od wyjazdu na studia w 2002 roku tułałam się po różnych pokojach, mieszkaniach, znajomych, itp. nigdy nie będąc tak naprawdę u siebie).

W moim przypadku jak najbardziej adekwatnym jest stwierdzenie “Dom twój, gdzie serce twoje.” Mój dom jest u boku P., z Frankiem na rękach, aktualnie na przedmieściach Birmingham, w Anglii.

30/09/2019
Magda Mamit
Zero waste to moda, trend czy jednak styl życia?

W ostatnich miesiącach dużo słyszę o zero waste. Zastanawiam się czy to nowa moda, chwilowy trend czy jednak sposób na życie.

Wikipedia podaje, że zero waste to “styl życia, zgodnie z którym człowiek stara się generować jak najmniej odpadów, a tym samym nie zanieczyszczać środowiska. To cel etyczny, ekonomiczny i wizjonerski, który pomaga ludziom naśladować zrównoważone naturalne cykle, w których wszystkie odrzucane materiały mają stać się zasobami“. Brzmi dumnie jednak co to znaczy dla przeciętnego szaraka czyli mnie samej?

Nigdy nie byłam jakoś mocno sfokusowana na ekologii. Trochę z przekory uważając, że to jednak w pierwszej kolejności przemysł powinien zadbać o ekologiczne rozwiązania. Trochę zabrakło pewnie też świadomości.

Od kiedy jednak wkręciłam się w zioła, dbałość o to co dookoła mnie przyszła w sposób zupełnie naturalny. A jak naprościej ratować świat jak nie zaczynając od własnego podwórka? 🙂

Moje eko-poczynania zaczęłam od małych pojedynczych kroczków. Zaczęło się od reklamówek. Okazało się, że nie ma nic prostrzego od chodzenia na zakupy z własnymi torbami. Idąc na wycieczkę do supermarketu czy na rynek spokojnie możemy zabrać ze sobą siatki. Atut? Zazwyczaj się bardziej wytrzymałe i płacimy za nie tylko raz! W przypadku niespodziewanego shopping’u mam składaną torbę z miękkiego materiału. Po zwinięciu jest mniejsza od portfela i spokojnie mieści się nawet w małej torebuni. 🙂 Ponadto uwielbiam torby lniane – no i towrzą niezłą stylówę (zależnie od dizajnu). 🙂

Mimo, że uwielbiam sączyć drineczka przez słomki, całkowicie z nich zrezygnowałam. Ostatnie słomki jakie miałam w domu wykorzystałam do zrobienia zabawki sensorycznej dla Franka, którą najpewniej zacznie się bawić dopiero za kilka miesięcy (ale co tam, zabawka poczeka 🙂 )

W lodówce trzymam produkty spożywcze w szkle (miski, miseczki,  talerzyki, pojemniki). Bardzo szczegółowo opisuje temat plastikowych opakowań Ranata [Nie trzymaj jedzenia w plastiku]. Natomiast nie mam jeszcze alternatywy do zamrażarki. Może jakieś sugestie? Zioła przechowuje w szklanych pojemnikach lub słoikach,  unikając bezpośredniego kontaktu ze światłem.

Kilka tygodni temu zakupiłam dzbanek do filtrowania wody. Dzięki temu znacznie ograniczyłam zakup wody mineralnej. Jest to posunięcie zarówno ekonomiczne (koszt dzbanka zwrócił się w miesiąc!) jak i ekologiczne (drastycznie spadła ilość wyrzucanych plastikowych butelek). Woda jest pyszna.

A skoro już o śmieciach mowa. Już za chwię przeprowadzam się do własnego domu (!). Zamierzam dokładniej zająć się tematem sortowania śmieci. Będę chciała wykorzystywać szkło (słoiki i butelki) zarówno do przetworów (w końcu będę miała na to miejsce!) jak i do dekoracji (tu mam milion pomysłów). Oprócz tego zamierzam pobawić się w prawdziwego ogrodnika i założyć kompost. Sporo odpadów organicznych zamiast do kosza będzie użyta jako przyszły nawóz 🙂

Ogólnie chciałabym dwa razy się zastanowić zanim wrzucę cokolwiek do śmieci. Może akurat uda się to ponownie wykorzystać. Zobaczymy jak mi się to uda.

Co jeszcze z takich pro ekologicznych kroków?

Sezon grilowy w pełni. Jeżeli piknik nie jest akurat stacjonarny (w takim wypadku używam tylko zastawy z chińskiej porcelany ha ha ha), mam zestaw plastikowych naczyń wielokrotnego użytku (dostałam taką wypasioną torbę piknikową od moje przyjaciółki na urodziny! W zestawie są nawet kieliszki do wina! Pełen luksus). Serio, obecnie te piknikowe naczynia są tak dizajnerskie, w tak piękne wzory, że można by je spokojnie używać na co dzień 🙂

W ogóle uważam, że jak już ktoś ma potrzebę kupowania kawy w sieciówkowych “kawiarniach” to mógłby przynajmniej zrezygnować z jednorazowaych kubków. Znowu można przyszpanować dizajnem w kubeczkach wielorazowego użytku. Jako ciekawostka. W pracowej kawairence przychodząc z własnym kubkiem dostaje się zniżkę. HR’y natomiast zamówiły wielorazowe kubeczki do kawy dla każdego pracownika. Mega fajna inicjatywa.

Wiecie ile rozkłada się plastikowa szczoteczka do zębów?  Nie wiem, ale słyszałam, że bardzo długo. Używam szczoteczki z bambusa. Zachwyciłam się bambusem tak bardzo, że mój grzebień do włosów też jest bambusowy. Podobnie jak grzebień do brody, którego używa P.

Wyeliminowałam też duże ilości plastikowaych opakowań po kosmetykach. Głownie za sprawą oleju kokosowego. To mój krem na dzień/ noc, mleczko do demakijażu, balsam nawilżający, oliwka dla bobasa, nawet żel do golenia dla P. Mydło mamy organiczne bez plastikowego opakowania. W przyszłości chciałabym pójść o krok dalej i zrobić własny szampon i kilka innych kosmetyków tak, aby ich kupno zminimalizować na maksa 🙂 Podobnie ze środkami do czyszczenia. Mam nadzieję pożegnać się z domestosami i innymi cifami. Jest to projekt na po przeprowadzce 😉 Zrezygnowałam natomiast już kilka lat temu z proszków do prania i płynów do płukania. Ich miejsce zastąpiły orzechy piorące. Są bardzo wydajne (jedna paczka wystarcza mi prawie na rok) i świetnie piorą. Bardzo szczegółowy wpis o orzechach do prania znajdziecie na blogu Renaty [link]

Chciałabym w przyszłości pójść dalej w swoich eko-łejstowych poczynaniach. Zamierzam zaprzyjaźnić się z maszyną do szycia i przerabiać ubrania tak, aby nadać im drugie życie (o ile będzie to możliwe). Ogólnie chciałabym sama szyć sobie ciuchy (przynajmniej ich część) wg krojów, które lubię i z materiałów, które mi pasują. Jest to jednak projekt na przyszłość (bo nie mam maszyny i nie umiem szyć). 🙂

Przymierzam się również do idei szafy kapsułowej. I tak jak kolorystycznie byłoby całkiem łatwo wszystko ze sobą mieszać (50% moich ubrań jest niebieska) to jednak w ostatnich miesiącach polubiłam paski, kwiaty, kraty, kropki a te wzory nie zawsze idą ze sobą w parze. Może powinnam zasięgnąć porady jakiejś blogerki modowej hahaha 🙂

Czy reprezentuję nurt zero waste? Zdecydowanie nie i raczej nigdy nie osiągnę poziomu master. Jest mnóstwo rzeczy, które mogę jeszcze zmienić i sporo, których zmienić nie umiem – nie jestem w stanie zrezygnować z jednorazowych środków higinicznych, mój maluch ma jednorazowe pieluszki, cały czas używamy ręczników papierowych (sporadycznie, ale używamy), itp. Idąc na zakupy kupuję owoce, warzywa czy mięso w plastikowych opakowaniach – bo nie mam innej opcji. Mnóstwo kupuję obecnie online bo będąc w domu z maluchem nie mam jeszcze możliwości swobodnego chodzenia po sklepach (zresztą tego nie lubię).

Reprezentuję jednak nurt, nazwijmy go “minimum waste”. Z niemałą dumą stwierdzam, że udało mi się wprowadzić kilka zasadniczych zmian w moim codziennym gospodarowaniu. 🙂 Najciekawsze, że te drobne gesty, nie wymagają ode mnie najmniejszego wysiłku. Wszystkich zachęcam do “pochylenia się nad śmieciami” i wprowadzenia w życie eko zmian, które pasuję do indywidualnych preferencji. 🙂

22/08/2019
Magda Mamit
Projekt 101 w 1001

Jak to często powtarzam jestem urodzoną planerką. Wszelkie listy, spisy, tabelki to ja! Bez krzty wąpliwości wiedziałam, że Projekt 101 w 1001 to coś właśnie dla mnie.

Ale o co chodzi? Mam 1001 dni (3 lata) na realizację 101 celów/ planów/ postanowień/ marzeń. (Szerzej o projekcie przeczytacie TU.)

A dlaczego? Ale po co? Patrzę na minione 3 lata i nie dość, że jestem z siebie szalenie dumna, to przede wszystkim jestem szczęśliwa. Zakochałam się, mamy małego bobasa, na dniach przeprowadzamy się do nowego domu, mam fajną pracę, w której całkiem fajnie sobie radzę (tzn. teraz nie bo jestem na macierzyńskim 🙂 ). Zdrowie dopisuje, nawet udało mi się okiełznać migreny (jeśli to w ogóle możliwe). Taki stan rzeczy osiągnęłam bez listy i bez planu. Zaufałam sobie i zawierzyłam wszechświatowi. I dobrze na tym wyszłam. Projekt ten jest dla mnie świetną okazją, aby uporządkować plany, pomysły i marzenia oraz zastanowić się nad tym, co jest ważne, ważniejsze, najważniejsze a bez czego mogę się obejść. Inspiracją jest dla mnie wspaniała kobieta, która prowadzi bloga Chatka Baby Jogi (bezpośredni odnośnik do wpisu).

1/08/2019 – 28/04/2022

DOM

  1. Kupić dom – jesteśmy w przededniu odbioru kluczy do naszego domu. Aż mi się w to wierzyć nie chce! Marzenia się spełniają!
  2. Przeprowadzka – przeprowadzałam się około 30 razy. Zawsze jednak jako singielka a cały mój dobytek musiał się zmieścić na raz w mojej ciężarówce czyli toyocie yaris. Tym razem jest nie co inaczej no i to przeprowadzka z bobasem. Tym samym jest to dla mnie całkiem niezłe wyzwanie.
  3. Remont – domek jest cały do remontu w kontekście wystroju. Chcemy też trochę przedstawiać ściany, wyremontować kuchnię i łazienkę. Odbudować przedsionek. Zrobić podjazd na samochody. Całkowicie przearanżowac ogród. Już to samo przedsięwzięcie jest projektem 101 w 1001 🙂
  4. Urządzić dom w oparciu o zasady Feng Shui – na tyle na ile będzie to możliwe.

OGRÓD

  1. Zaprojektować wymarzony ogród.
  2. Przygotować listę warzyw, owoców ziół i innych roślinek, które chciałabym mieć w ogrodzie oraz sprawdzić jakich potrzebują warunków.
  3. Zapoznać się z kalendarzem księżycowym.
  4. Założyć kompost w ogrodzie.
  5. Stworzyć szklarnie.
  6. Dowiedzieć się jak zbierać deszczówkę.
  7. Wymyślić strefę dla Franka.
  8. Wybudować warsztat dla P.

FINANSE I GOSPODAROWANIE

  1. Wprowadzić tygodniowe budżety.
  2. Projekt 52.
  3. Zacząć planować tygodniowe menu.
  4. Zakupy raz na tydzień.
  5. Poszukać farmę z organicznymi produktami.

ADMIN

  1. Zadbać o obywatelstwo w UK.
  2. Brytyjski paszport dla Franka.
  3. Polski paszport dla Franka.
  4. Jak założyć firmę w UK pracując na pełen etap.
  5. Zwieźć moje rzeczy z Olsztyna.
  6. Rozwiązać temat dotyczący mieszkania w Olsztynie.
  7. Zadbać o grób dziadków. COMPLETED Znalazłam firmę sprzątającą, która pięknie ogarnęła grób dziadków i z która nawiążęstałą współpracę.
  8. Zamówić prenumeratę gazet.
  9. Sformatować kompa.

ZDROWIE

  1. Joga – wracam do ćwiczeń.
  2. Wrócić do rozmiaru M.
  3. Wprowadzić jednodniowe posty.
  4. Ściągnąć apkę, która przypomina o piciu wody – COMPLETED
  5. Uziemianie w ogrodzie.
  6. Zadbać o plamke na policzku.
  7. Zadbać o zdrętwienie stopy.
  8. Zadbać o kręgosłup.
  9. Zadbać o nadgarstek.

BEAUTY

  1. Domowe SPA raz w tygodniu.
  2. Zadbać o paznokcie, bo obecnie to tragedia.
  3. Zadbac o stopy bo to jeszcze wieksza masakra niż paznokcie.
  4. Regularne farbowanie włosów bo teraz słabo mi z tym idzie.

RODZINA

  1. Chciałabym wychowywać Franka w duchu Montessouri.
  2. Mam czas dla Franka.
  3. Wieczory dla mnie i dla P.
  4. Wspólne spacery przynajmniej raz w tygodniu.
  5. Odcisk bobasa – COMPLETED W końcu zrobiłam odcisk stopy Frania. Zajęło mi to ponad 2 miesiące, ale lepiej późno niż wcale.
  6. Przemyśleć edukację Frania.
  7. Postarać się spotykać z Alą przynajmniej raz w roku.
  8. Zapoznać Frania z rodzinką.

BLOG i ŻYCIE ONLINE

  1. Blog – prowadzić regularnie.
  2. Zacząć pisać opowiadania o ziołach.
  3. Zorganizować jelonkowo-blogowe gadżety.
  4. Lista ulubionych blogów w jednym miejscu.

EDUKACJA

  1. Nauczyć się hiszpańskiego.
  2. Kurs Credit Management.

ROZWÓJ OSOBISTY

  1. Aromoterapia.
  2. Akupresura.
  3. Zgłębić wiedzę o kryształach.
  4. Zioła – wziąć udziaudział w warsztatach zielarskich na Podlasiu.
  5. Zrozumieć czakry.
  6. Zacząć medytację.

KREATYWNOŚĆ

  1. Macrame – wrócić do wyplatania.
  2. Renowacja mebli.
  3. Projekt toaletka.
  4. Nauczyć się szyć.
  5. Skończyć lampkę.
  6. Skończyć torebkę.
  7. Zrobić papier czerpany.
  8. Nauczyć się szydełkować.
  9. Skończyć scrapbooka 2018.
  10. Założyć scrapbooka 2019.
  11. Spisać wszystkie wymyślanie przez mnie bajki.
  12. Prezenty na najbliższe święta (a potem kolejne i urodziny) zrobione własnoręcznie (przynajmniej częściowo).

ECO (i) ŚWIADOMOŚĆ

  1. Zero waste.
  2. Domowe środki czystości.
  3. Segregacja śmieci.
  4. Projekt 333.
  5. Szafa kapsułowa.

LIFESTYLE

  1. Lista filmów, które chcę obejrzeć.
  2. Kolekcja Jelonków.
  3. Stworzyc swoją strefę w domu.
  4. Oramkować zdjęcia i plakaty.
  5. Nauczyć się robić drinki ulubione.
  6. Zrobić nalewki na zimę.

WYDARZENIA

  1. Wziąć udział w targach rękodzieła.
  2. Bieg w błocie.
  3. Spisać listę cyklicznych, lokalnych wydarzeń, które chciałabym zobaczyć.

FOTO

  1. Wracam do fotografii.
  2. Zrobić profesjonalną sesję zdjęciowa.
  3. Może wrócić do fotografii analogowej.

CITILIFE

  1. Odkryć kulturalne Birmingham.
  2. Znaleźć fajne kawiarnie w Birmingham.
  3. Znaleźć fajny antykwariat w Birmingham i odwiedzać go raz w miesiącu (razem z Franiem).
  4. Londyn kulturalny – dalej odwiedzać Londyn i korzystać z wydarzeń kulturalnych. (Zapraszam na wpis o kulturalnym Londynie).

ORGANIZACJA

  1. Realizacja części powyższych zadań wg. sprytnego planowania, o którym pisze Magda na swojej stronie inkubator kijanek.
  2. Zrobić Project plan do tej listy.
  3. Kalendarz urodzin.
05/08/2019
Magda Mamit
Szeptem po północy – kobiece klany

Dawniej dzieci wychowywane były przez całe rodziny, klany, lokalne społeczności. Żyliśmy razem, pomagaliśmy sobie, mogliśmy na siebie liczyć.

Dookoła zawsze byli dziadkowie, ciocie, wujkowie, kuzyni. Dzieci nie były tylko rodziców. Szczególną rolę odgrywały kobiety: mamy, babcie, ciocie, sąsiadki. Sama wielokrotnie byłam zostawiana pod opieką to jednej, to drugiej (trzeciej i piątej) cioteczki a babcia praktycznie “podkradła” mnie mamie 🙂 Kobiety wzajemnie się wspierały i sobie pomagały. Był to naturalny stan rzeczy bez zbędnych haseł jak “solidarność jajników ” , “girl power “, itp. Dziś myślę o tym z sentymentem.

A dlaczego?

Za mną pierwszy miesiąc macierzyństwa. Update: w momencie pulikacji poniższego wpisu mój bobas skończył 10 tygodni. Za mną więc 2,5 miesiąca macierzyństwa.

Mówią, że początki są najtrudniejsze i tak było w moim przypadku. I bynajmniej nie chodzi o opiekę nad maluszkiem. Ta część akurat to przyjemność, mimo zmęczenia czy niewyspania. Największym wyzwaniem było uporanie się z własnymi słabościami i psychiką. Najpierw szok z powodu nieoczekiwanej cesarki. Dopiero po kilku dniach stres mi odpuścił, jednak jego miejsce zajął żal. Bardzo mi było szkoda, że nie udało mi się urodzić naturalnie. Przecież na to się przygotowywałam całą ciążę… Innej opcji nawet nie brałam pod uwagę. W swojej ignorancji nie raczyłam nawet poczytać o cesarskim cięciu. Nie miałam pojęcia jak wygląda dochodzenie do siebie, a czas po operacji jest dosyć trudny, jak to po operacji. Nie wszystko można zaplanować. Moja pierwsza lekcja pokory.

Kolejną próbą okazało się karmienie piersią. Innej opcji nie rozważalam. I tu kolejna lekcja pokory. Mimo prób poległam sromotnie. Doszło do sytuacji, w której karmienie zaczynało być dla mnie traumą. Czułam, że rezygnując z karmienia piersią zawiode i mojego synka i samą siebie. Dopadła mnie “breastfeeding depression”. Wiem, że dzieci karmione mlekiem modyfikowanym są zdrowe i wesołe. Zwyczajnie bardzo chciałam karmić piersią. I już. Przecież na to się przygotowywałam całą ciążę… Taki był mój plan.

W tych trudnych chwilach zwracałam się o radę i pomoc do tzw. ekspertów. Niestety porady położnych, w tym tych laktacyjnych, sprawdzały się wyłącznie “przy popołudniowej herbatce “. Sprawy miały się zupełnie inaczej, gdy w środku nocy nie mogąc zaspokoić głodu mojego synka, on płakał w nieboglosy (a płacz głodnego bobasa wrzyna się mocno w serducho). Wiele prostych czynności związanych z karmieniem, okazało się dla mnie nie do wykonania (że względu na ból pooperacyjny), gdy P. wrócił do pracy a ja zostałam sama w domu.

Na takie problemy zupełnie nie byłam przygotowana. Ba! Nawet nie byłam ich świadoma. Na szkole rodzenia poświęca się mnóstwo czasu tematom dotyczącym karmieniu piersią co jest super. Przemilcza się jednak (lub traktuje bardzo pobieżnie) sytuacje, gdy jednak coś się nie udaje. Chyba z tego powodu mam największy żal do “całego świata “. Że nikt mi nie powiedział, że nikt mnie nie uprzedził.

Mi się nie udało. Tak bywa. Czuję jednak, że nikt mnie nie słuchał albo to co mówiłam było traktowane z niedowierzaniem i tym samym bagateliziwane. Jakbym byłam jedynie elementem procedury, której powinnam przestrzegać. Bardzo zabrakło mi zrozumienia mojej indywidualnej sytuacji.

W tym miejscu wracam do meritum tego wpisu czyli kobiecych komun.

W tym jakże ważnym, aczkolwiek trudnym okresie mojego życia, brakowało mi tych moich najważniejszych i najbliższych kobiet czyli Mamy i Babci. Brakowało mi by poradziły, pocieszyły a jeśli trzeba było doprowadziły do pionu. Zabrakło mi ich wiedzy i doświadczenia. Zabrakło żartów czy powagi. Zabrakło mi zwyczajnie ich bliskości. Mam nadzieję, że dopingują mi w Niebie… Zabrakło mi też mojej przyjaciółki, która mieszka daleko. Wspiera mnie cały czas jak może, ale zabrakło mi jej obok mnie.

Na szczęście znalazły się w moim otoczeniu cudowne kobiety. Ogromne wsparcie znalazłam wśród moich pracowych przyjaciółeczek (z czego każda mogłaby być moją mamą, więc to doświadczone i mądre kobiety, które nie jedno w życiu przeszły i wiedzą co mówią). Nawet nie musiałam im się żalić. Nauczone własnym doświadczeniem oraz przeżyciami własnych córek, wkładały mi dobre rzeczy do głowy zanim jeszcze o nich pomyślałam. A gdy już myślałam i się nimi stresowałam, służyły radą i podawały pomocną dłoń. Takie kobiety to skarb!

Moja przyjacióła to kolejne złoto. Sama została ponownie mamą dwa miesiące wcześniej. Nasze pierwsze rozmowy po narodzinach mojego Bobasa to były niekończące się sesje pytań i odpowiedzi. Ja – pytałam, Ona – odpowiadała (cierpliwie i wyczerpująco). Przy tym fajnie było porównywać różnice w podejściu do porodu i opieki nad maluchami w Polsce i Anglii.

Dodatkowo moja kuzynka i kolejna kumpela zostały mamami w podobnym do mnie terminie.

Wspólnie wspieramy siebie jak umiemy, mimo, że często jest to jak chodzenie w po omacku. Nie mamy doświadczenia. Tylko przeczucie i najlepsze chęci.

I nagle, zupełnie nieoczekiwanie, znalazłam się w komunie świeżo upieczonych mam. Tak samo niepewnych, tak samo zagubionych. Co dnia mierzymy się z podobnymi lub całkowicie odmiennymi problemami. Wielokrotnie nie mamy pojęcia jaka jest prawidlowa odpowiedź na dręczące nas pytania. Bo chyba takowej nie ma. Próbujemy, popełniamy błędy, odnosimy małe sukcesy. Próbujemy. Dzielimy się spostrzeżeniami, radościami, smutkami czy frustracjami. Przede wszystkim jednak się nie oceniamy.

A to wszystko poprzez komunikatory i telefony. Smutny współczesny odpowiednik bliskości. Jednak lepiej tak, niż wcale.

Jakże byłoby wspaniale, gdybyśmy mieszkały obok siebie. Mogły razem chodzić na spacery z naszymi dzieciaczkami. Przeżywać ważne chwile i być obok siebie w tych chwilach bardzo zwyczajnych. Ocierać sobie łzy lub śmiać do łez. Razem wychowywać nasze dzieci. Byłoby cudnie być blisko.

26/07/2019
Magda Mamit
Czasami fajnie jest nie wiedzieć.

Synek czy córeczka? Róż czy błękit? “Nie wiemy i nie chcemy znać płci dziecka ” – jest to odpowiedź na najczęściej zadawane nam pytanie.

Zawsze wydawało mi się, że jeśli kiedykolwiek będę w ciąży, będę chciała znać płeć dziecka. Taka oczywista oczywistość. Gdy już w ciąży jestem, nie ma to dla mnie znaczenia. Kompletnie. (Chociaż mówiąc szczerze wydaje mi się, że będę miała chłopczyka). Najważniejsze, aby bobas był zdrowy i wesoły:-)

Jest to super uczucie tak nie wiedzieć. Zastanawiać się. Domyślać. I oczekiwać rozwiązania zagadki.

Co ciekawe, spotykam się z ogromną życzliwością od postronnych osób, które bardzo optymistycznie podchodzą do nie znania płci malucha. Opowiadają mi o swoich odczuciach, gdy czekali na pojawienie się własnych dzieci lub wnuków i różnice jakie towarzyszyły sytuacjom, gdy znali lub nie znali płci. Fajne klimaty muszę przyznać.

Kompletując wyprawkę dla mojego Groszka skupiłam się przede wszystkim na jakości i sensowności kupowanych rzeczy. Wybierając ciuszki zdecydowałam się na ubranka wykonane w 100% z bawełny, głównie organicznej. Wszelkiego rodzaju “gadżety” dobrałam w neutralnych kolorach. Kącik dla malucha zrobiłam z dominującym odcieniem szarości a motyw przewodni to gwiazdki. Nie ma co ukrywać, jest to kącik głównie dla mnie na chwilę obecną – dla bobasa nie ma to przecież większego znaczenia. A jak podrośnie, będzie wiadomo czy lubi jednorożce, delfiny, małpki, pieski czy może jednak preferuje dinozaury:-)

Okazało się, że unisex nie znaczy biało, mdło czy nudno 🙂

Jedyny problem na jaki trafiliśmy, to podwójny dylemat dotyczący wyboru imienia. Ba! To nawet nie był dylemat tylko bitwa – w początkowej fazie – a potem już tylko pojedyncze potyczki. W końcu jednak udało nam się znaleźć imiona, które podobają się nam obojgu zarówno dla dziewczynki jak i chłopca 🙂

Nie znając płci dziecka, jako przyszli rodzice, stworzyliśmy wokół siebie sporo przestrzeni. Z góry niczego nie narzucamy, nie działamy w oparciu o stereotypy. Daje to ogromną frajdę i poczucie swobody. I pozwala cieszyć się samym faktem oczekiwania na bobasa. Mega fajne doznanie.

30/03/2019
Magda Mamit
#najlepszemiejsca na #kulturalnywypad w #Londyn

Londyn to mnogość wydarzeń wszelkiego rodzaju. Oto moje sposoby, aby się w tym wszystkim nie pogubić i nie przegapić interesujących mnie wydarzeń.

Nie wyobrażam sobie życia bez fotografii. Fascynuje mnie kurtuazja tych wszystkich ulotnych chwil i momentów uchwyconych na negatywie (lub w formie cyfrowej). Uwielbiam malarstwo, zachwyca mnie Street Art a grafika intryguje. Uwielbiam, gdy książka skłaniają do refleksji i zastanowienia. Życie bez muzyki było by po prostu przykre. Uwielbiam teatr, balet czy operę. W dzieciństwie mama zabierała mnie do Warszawy czy to na wernisaże czy na przedstawienia do Teatru Wielkiego. To były magiczne chwile dla małej dziewczynki. Dziś, w celach kulturalnych jeżdżę głównie do Londynu (jakie to szczęście że mam tylko 1,5 godz pociągiem!), który jest mekką artystów oraz hostem najlepszych światowych wydarzeń kulturalnych. Kwestia w tym, aby wychwycić to, co nas interesuje i nie przegapić wydarzeń, które mogą nas zainteresować.

Źródłem informacji o tym co akurat dzieje się w Wielkiej Brytanii jest (i tu uwaga bo aż niedowierzanie) darmowa, weekendowa gazeta z lokalnego supermarketu z organiczną żywnością. Prawie co tydzień, w dziale “What’s on this weekend” odnajduję wydarzenie, którym jestem zainteresowana. Obczajam strony internetowe, dodaję do ulubionych, zapisuję się do newslettera. Dzięki tym zabiegom stworzyłam listę obiektów, które oferują te wydarzenia, które mnie interesują (lub mogą zaintrygować) oraz listę cyklicznych wydarzeń, które lubię i regularnie odwiedzam:

Tate Modern: https://www.tate.org.uk/whats-on

Saatchi Gellery: https://www.saatchigallery.com/

Somerset House: https://www.somersethouse.org.uk/ Coroczna wystawa Sony Photography (https://www.somersethouse.org.uk/whats-on/2019-sony-world-photography-awards-exhibition)

Southbank Centre : https://www.southbankcentre.co.uk/whats-on

Fan Museum: https://www.thefanmuseum.org.uk/

Teatr Coliseum: https://londoncoliseum.org/

Musicale: https://www.londontheatre.co.uk/whats-on/musicals

W miniony weekend znowu wyskoczyłam do Londynu. Tym razem cele były dwa: wystawa malarstwa Pierre Bonnard’a w Tate Modern oraz wystawa fotografii Diane Arbus w Southbank Centre.

Wystawa Pierre Bonnard’a wywarła na mnie ogromne wrażenie tym bardziej, że uwielbiam impresjonistow. Zobaczyć na żywo te wszystkie prace, machnięcia pędzla, kolory to prawdziwa uczta dla duszy. Szczegóły dotyczące wystawy https://www.tate.org.uk/whats-on/tate-modern/exhibition/cc-land-exhibition-pierre-bonnard-colour-memory

Diane Arbus i wystawa jej prac, w tym tych najbardziej znanych, to nie lada gratka dla każdego fascynata fotografii. Szczegóły dotyczące wystawy https://www.southbankcentre.co.uk/whats-on/exhibitions/hayward-gallery-art/diane-arbus-beginning

W ubiegłym roku odkryłam Saatchi Gallery, w której mieściła się świetna wystawa dotycząca zagadnienia “selfie” w malarstwie i fotografii na przestrzeni wieków. Rewelacja. Od tej pory ślędzę wydarzenia w tym obiekcie.

W ubiegłym roku po raz kolejny Tate Modern mieściło wystawę jednego z wielkich: Piccsso 🙂

W Somerset House co roku odbywa się wystawa zdjęć nagrodzonych i wyróżnionych przez Sony. Uwielbiam i samą imprezę i przepiękny budynek Somerset House.

Londyn to siedziba wielu świetnych musicali. W ubiegłym roku byłam na musicalu dotyczącym życia i twórczości Michael’a Jackson’a. REWELACJA!!

Coliseum. Magiczne miejsce: klasyczne, eleganckie, dostojne. Ze świetnym nagłośnieniem. Byłam tu na operze La Traviata i balecie Borysa Ejfmana. Sztuka na najwyższym poziomie.

13/03/2019
Magda Mamit
Krótka rozprawa o braku siły i o tym, że nie mogę tyle ile bym chciała.

Właśnie wróciłam z Londynu. Jednodniowy wypad w celach rekreacyjnych. Bez pośpiechu i bez spiny. Istny relaks. Teoretycznie, bo faktycznie jestem padnięta i wyczerpana. Jak po intensywnym treningu. Padam na ryj!

Jestem tą szczęściara, której ciąża specjalnie nie dokuczyła. Początkowo dużo spałam, teraz miewam momenty kiedy kręgosłup mnie napier bardzo boli. Nie dźwigam, dużo odpoczywam, dobrze się odżywiam, generalnie dbam o siebie.

Wydawało mi się, że dużo jeszcze mogę zrobić przed narodzinami Groszka, szczególnie teraz, gdy nadchodzi wiosna i pogoda jest bardziej sprzyjająca. A tu dupa i rozczarowanie. Wczorajszy dzień nie pozostawia złudzeń – plany na najbliższe trzy miesiące muszą ulec diametralnej zmianie.

Odpuszczam kwietniowy wypad do Londynu czy planowany od dawna szlak murali w Birmingham. Są to fizycznie zbyt wyczerpujące przedsięwzięcia. Przed porodem raczej nie pojadę też nad morze (to ponad 3 godziny jazdy bez korków). Trudno jest mi przyznać przed sobą samą, że nie jestem w stanie czegoś zrobić (bo dotąd zawsze wszystko mogłam). Jednak jeszcze trudniej jest mi się z tym pogodzić!!!! Ale czego to się nie robi dla takiego małego bobasa 🙂

***Powyższa część wpisu powstała wczoraj bezpośrednio po powrocie do domu. Dziś, po odpoczynku i długiem śnie, spojrzałam na temat z innego punktu widzenia.***

Plan jak to plan zawsze można poddać modyfikacji. Powinnam tylko sformułować pewne założenia, aby mieć szansę na sukces:

Spacery. Nie dłuższe niż 30 min w tempie maksymalnie żółwim ewentualnie ślimaczym.

Podróż z punktu A do punktu B maksymalnie do godziny (samochodem, wliczając korki – inaczej kręgosłup mi odpadnie).

Portfel, telefon, przewodnik, aparat, okulary słoneczne, chusteczki higieniczne i mała butelka wody – dotąd było to moje podstawowe wyposażenie w trakcie wyjazdu. Dziś może pozostać bez zmiany, tak długo jak waga będzie w granicach pół kilograma. Po pół godzinie ciężar i tak jest nie do opisania.

Przerwy. Parki, ulice i ogólnie przestrzenie miejskie oceniam teraz przez pryzmat ilości ławek, na których można odpocząć oraz odległości jednej od drugiej. Przerwy, w moim przypadku, to klucz do sukcesu. Zastanawiam się nad przenośnym stołkiem (takim jak mają wędkarze), ale pod względem gabarytów nie spełnia wymogów powyższego punktu.

Czas na dane przedsięwzięcie należy przynajmniej podwoić (a dla bezpieczeństwa wydłużyć trzykrotnie) – serio nie mam siły ani przyśpieszenia.

I teraz kluczową sprawa: WC. Musi być w pobliżu!!!!!! Inaczej nie jestem w stanie zapanować nad pęcherzem. Masakra jakaś, ale faktycznie na siusiu śmigam co przysłowiowe 5 minut.

Wczorajszy wyjazd do Londynu uświadomił mi, że nie mogę tyle, ile bym chciała. Gdy opadł pierwszy szok i niedowierzanie zdecydowałam, że mogę. Moje rozrywki muszą przybrać inną formę i nabrać nie co mniej intensywny charakter. W końcu danie sobie na luz i zwolnienie tempa nie jest ani złe ani nudne. I taką oto puentą kończę dzisiejszą rozprawkę .

PS. Jak ciąża wpłynęła na Twój styl życia? Jestem ciekawa Twojej opinii?

10/03/2019
Magda Mamit
Z życia wieśniaczki – przesadzanie roślinek

Już dawno stwierdziłam, że największe prawdopodobieństwo przeżycia pod moją opieką mają sukulenty – do chwili, kiedy nie uschnął mój kaktus.

Sytuacja z kaktusem miała miejsce kilka lat temu. Była dla mnie dosyć przykra – naprawdę starałam się o niego dbać… Łatwo jednak się nie poddaję i od tego czasu udało mi się z sukcesem wyhodować zioła (miętę, bazylię i pokrzywę). A w ubiegłym roku, od ziarenka, wyrosły mi dorodne krzaki pomidorów koktajlowych.

W kwestii roślin doniczkowych nabrałam więcej odwagi i obecnie mam już 8 roślinnek! Oto bilans. Trzy paprotki, z czego jedna zupełnie uschła i tylko dzięki ciekawości P. czy odżyje i regularnemu jej podlewaniu przez P. udało się ją zreanimować i wypuściła nowe kłącza. Druga paprotki podsycha – zupełnie nie wiem czemu (regularnie ja podlewam, zraszam gałązki, itp). Trzecią paprotkę kupiłam dosłownie dziś. Póki co ma się dobrze. Mała dracena (albo inna palma) też trochę osłabła – tu drastycznie potrzeba większej doniczki, gdyż korzeń już sporo wystaje spod obecnej. Dwie kolejne palmowate roślinki też marnieją. Coś jakby bluszcz – faktycznie go przysuszyło (moje zaniedanie), ale powoli dochodzi do siebie. A, jeszcze jedna roślinka wydaje się nie zniszczalna.

Zdaje sobie sprawę, że do opłakanego stanu tych roślinek doprowadziło moje słabe nimi zainteresowanie i marna opieka. Problem mam jeszcze z małą ilością miejsca i z dostępem do światła słonecznego. Do tego przeciągi i wilgoć. Albo zaduch od kaloryfera. Obecne mieszkanie na prawdę nie sprzyja roślinom.

Wbrew wszystkiemu postanowiłam nie dać za wygraną! Opracowałam więc plan 🙂

Po pierwsze wszystkie kwiatki potrzebują większych doniczek i więcej ziemi. Zbierałam się do akcji “#Przesadzanie” chyba kilka miesięcy (serio!). Dziś, po przebudzeniu, zdecydowałam, że to jest TEN dzień. Wybrałam się co świt (no ok, było już praktycznie południe) do sklepu ogrodniczego po ziemię i doniczki. (Przy okazji dokupiłam jeszcze jedną paprotkę 🙂 ) Po powrocie napędzana emocjami, entuzjazmem i uporem, od razu wzięłam się za moje roślinki. Przyznam, że jestem w szoku. One nie miały prawa żyć! (Nie jest to coś z czego jestem specjalnie dumna…) Napędzała je chyba moc wszechświata. Chęć życia albo inna niewidzialna siła. Ziemia, a raczej to co z niej zostało, przypominała bardziej popiół. Korzenie były pościskane niczym sarydnki w puszcze (a pewnie sardynki mają więcej luzu…) Była mi wsty i przed sobą i przed tymi biednymi kwiatkami. Każdy kwiat poddałam indywidualnemu zabiegowi spa – przegląd korzeni, gałązek, liści. Świeża ziemia, większa doniczka plus woda zrobiły robotę! I voila! Wszystkie roślinki, w oczach nabierają mocy! Wyglądają pięknie! Jest dla nich jeszcze nadzieja. To nie oniec tej historii… 🙂

Po drugie – znalazłam nazwę każdego z nich i przeczytałam jak należy je pielęgnować. No może nie koniecznie właściwą nazwę. Przeszperałam Internety i kilka apek na telefon. Udało mi się znaleźć roślinki o “podobnym” wyglądzie. Czy to jest w stu procentach dokładnie ta roślina to nie wiem. Zakładam jednak, że jeśli są z tej samej rodziny, dba się o nie podobnie. Efekty będą widoczne ze kilka tyogdni 🙂

Po trzecie – nastawilam przypomnienie, aby regularnie je nawadniać. Czasami same chęci nie wystarczaja, a ja w ostatnim czasie nie do końca ufam swojej pamięci 🙂

Jestem bardzo ciekawa jak będą się zachowywać moje kwiaty po tych wszystkich zabiegach regeneracyjno-kosmetycznych. Udało mi się je dziś uratować od marnego losu. Będę o nie dbać. Będę z nimi rozmawiać. Mam nadzieję, że siły natury nam dopomogą. 🙂

03/03/2019
Magda Mamit